- Z udaną wesołością szłam po wilgotnym asfalcie uliczek, łzawe, spowite mgłą światła latarń patrzyły przez chłodną, wilgotną szarugę i wysysały z mokrej ziemi leniwe odbicia światełek. Przyszły mi na myśl moje zapomniane młodzieńcze lata - jakże lubiłam wtedy takie ciemne i posępne wieczory późnej jesieni i zimy, jak chciwie i z jakim upojeniem wchłaniałem wówczas nastroje samotności i melancholii, kiedy otulona płaszczem, w deszczu i burzy, biegłam przez wrogą, odartą z liści naturę, samota już wtedy, ale przepojony rozkoszą i przepełniony wierszami, które spisywałam przy świecy w mojej izdebce, siedząc na brzegu łóżka! No cóż, to już minęło, ten kielich wychyliłam do dna i nigdy dla mnie się już nie napełnił. Czy tego szkoda? Nie, nie szkoda. Nie szkoda niczego, co minęło. Szkoda tylko tego, co jest teraz i dzisiaj, szkoda tych wszystkich godzin i dni, które traciłam, które tylko cierpliwie znosiłam, które nie przynosiły ani darów, ani wstrząsów. Ale, Bogu dzięki, bywały też wyjątki, zdarzały się niekiedy, rzadko, również i inne godziny, które przynosiły wstrząsy, przynosiły dary, burzyły ściany i znowu sprowadzały mnie, zbłąkaną z powrotem do żywego serca świata. Smuta, a jednak do głębi poruszona, usiłowałam przypomnieć sobie ostatnie przeżycie tego rodzaju. -